czwartek, 8 października 2015

Próbne rozdziały

Rozdział 1

Obudziłam się z okropnym uczuciem suchości w ustach. Zupełnie jakbym miała na języku setki ostrych żyletek, które drażniły moje podniebienie za każdym razem gdy próbowałam przełknąć ślinę. Podniosłam ciężkie powieki do góry i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Leżałam na łóżku w nieswoim pokój. Na podłodze walały się puste puszki po piwach, popiół po wypalonych papierosach i pety też wylądowały na podłodze, bo popielniczka spadła najprawdopodobniej z parapetu, a raczej ktoś ją zwalił. Słońce wpadało do pomieszczenia przez szpary w żaluzjach i rzucało światło na takie elementy jak biurko z komputerem i jakimiś książkami, na krzesło, które posłużyło jako prowizoryczny wieszak na ubrania - męskie ubrania. Gdy to sobie uświadomiłam zaraz zauważyłam, że ściany pokoju mają kolor niebieski, że na podłodze oprócz puszek leżą ciężarki i hantle, a nieporządek jaki tu panował mówił sam za siebie.

Chciałam się podnieść do siadu, ale jak tylko spróbowałam uporczywy ból w skroniach przypomniał mi o tym jak dużo wczoraj wypiłam. Oddychając ciężko próbowałam rozjaśnić sobie trochę w głowię by wróciły mi jakieś wspomnienia poza ilością alkoholu.

Cholera Nat.. – zaklęłam w myślach i przeklinałam siebie raz za razem za to, że nie potrafię sobie niczego więcej przypomnieć oprócz zdawkowych obrazów bawiących się ludzi, huku muzyki i szybko ubywających puszek z piwem.

Nagle poczułam jak czyjeś ciężkie ramię obejmuje mnie w pasie i byłam przekonana, że na krótką chwilę serce przestało bić mi w piersi. Ktoś przyciągnął mnie do siebie i wtulił w swoje nagie ciało. Tak nagie. Cholera. Chwilę później z gardła chłopaka wydobyły się ciche pomruki, a jego nos połaskotał mnie w szyję.

- Wstałaś? – zapytał nieco ochrypłym, szorstkim głosem a moje serce chciało wyskoczyć mi z piersi. Rozpoznałam ten głos, ale ani trochę mnie to nie uspokajało jednak trwałam w jego uścisku bojąc się poruszyć choćby o milimetr.

- Tak – odparłam mając nadzieję, że nie brzmię jak mała wystraszona dziewczynka.

- To dobrze – powiedział, a jego dłoń przejechała wzdłuż mojego ramienia w górę i z powrotem w dół, a później z ustami niebezpiecznie blisko mojego ucha wyszeptał – Byłaś cudowna wczoraj.

Zadrżałam ze zgrozy na całym ciele, a on to wyczuł i zaczął się śmiać. Był to śmiech z rodzaju tych, które mrożą krew w żyłach albo przyprawiają o mdłości. Cały przesączony był kpiną i pogardą. Wczoraj w nocy stało się coś bardzo niedobrego. Coś co nigdy nie powinno się wydarzyć. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że będzie to dla mnie aż tak tragiczne w skutkach, ale sposób w jaki się śmiał przestraszył mnie nie na żarty.

- My.. Spaliśmy ze sobą?

Znów zamruczał gdzieś tam z tyłu, a następnie zaczął mokrymi pocałunkami obsypywać moje nagie plecy. Dostawałam gęsiej skórki i drżałam bezbronna w jego ramionach. Nie mogę powiedzieć, że było to nieprzyjemne po prostu nie było to właściwe. Ja i Albert byliśmy przyjaciółmi. Właśnie chociażby dlatego to, co się stało nie powinno mieć miejsca. Przyjaźń była dla mnie świętością. Ceniłam ją sobie najbardziej na świecie i dla bliskich byłam gotowa zrobić wszystko. W dodatku miałam swoje demony, które tylko przyjaciele potrafili uciszyć. Chociaż nie mieli o tym bladego pojęcia, najprawdopodobniej uratowali mi życie. Myśli samobójcze z czasem były tak intensywne i natarczywe, że pewnie bym to zrobiła, gdyby nie przyjaciele i fakt, że przy nich czułam się dobrze. Gorzej było gdy zostawałam sama. To siebie bałam się najbardziej, ale nikt nie wiedział o tym lęku.

- Nat, skarbie, brałem cię raz za razem. Tak rozkosznie jęczałaś, gdy doprowadzałem cię do szaleństwa. Wiedziałem, że będziesz moja. Potrzebowałem tylko trochę czasu. Teraz gdy mi się oddałaś nie pozwolę ci odejść. Będziesz należała do mnie.

Albert od jakiegoś czasu miał pewien problem. Wiedziałam o tym, że się zmienił i z dobrego, słodkiego chłopaka w zimnego manipulanta, który nie szukał uczuć, tylko pragnął ciała. Wiedziałam, o tym wszystkim a jednak byłam wtedy w tak złym stanie, że łykałam każde kłamstwo jakie mi podrzucał. A przede wszystkim wierzyłam, że Albert mnie kocha i godziłam się na to by traktował mnie jak gorszą od siebie byle później karmił mnie tą iluzją miłości. Pragnęłam wtedy zapchać dziurę, którą w sobie nosiłam i potrzebowałam właśnie kogoś, dla kogo mogłabym stracić głowę. Na nieszczęście był to Albert, ale działał na mnie jak narkotyk. Wiedziałam, że mnie niszczył, a jednak sięgałam po więcej.

- Kocham cię – wtedy po raz pierwszy zaserwował mi to kłamstwo, a ja miałam nagle ochotę płakać ze szczęścia i dziękować mu chociażby w nieskończoność. Myślałam, że nikt nigdy nie zdoła pokochać kogoś tak zniszczonego jak ja a on chciał mi to nagle dać. Wydawało mi się, że spełniło się właśnie moje wielkie marzenie. Nie wiem nawet czy kiedykolwiek naprawdę kochałam Alberta. Chyba po prostu godziłam się z nim być bo myślałam, że jedynie na taką miłość zasługuję i przyjęłam ją z podkulonym ogonem.

- A czy ty mnie kochasz Natalie? – zapytał łapiąc mnie za ramię i pociągając w dół tak, że ułożyłam się na plecach a on mógł przewiercić mnie swoimi zniewalająco niebieskim spojrzeniem.

- Kocham – odpowiedziałam. To był mój pierwszy błąd. Pozwoliłam Albertowi zyskać nade mną władzę, jakbym była jakimś przedmiotem, zabawką i nawet spełniałam swoją rolę – okropnie go bawiłam.

Jego oczy jakby stały się nagle większe. Wpatrywał się we mnie przed chwilę, która wydawała się wiecznością i milczał, a później jego usta wykrzywiły się w pełnym rozbawienia uśmiechu. Już wtedy wiedział, że od tamtej chwili będzie mógł zrobić ze mną to, co zechce i faktycznie to robił. Łapczywie wpił się w moje usta i wepchnął mi do gardła swój język. Całował mnie tak jakby toczył jakąś walkę, albo jakby chciał odebrać mi tym pocałunkiem zdrowy rozsądek. Czułam żar bijący od jego ciała i wiedziałam, że mi się udziela. Myślałam, że też go pragnę i byłam podniecona, że ktoś mnie tak pragnął jakby był na głodzie od kilku dni i właśnie wpadł mu w rękę jakiś narkotyk. Jego ręce śledziły moje ciało, były dosłownie w każdym miejscu i sprawiały, że odlatywałam w jakiś inny świat pełen rozkoszy. Temperatura w pokoju podwyższyła się o kilkanaście stopni. Znalazłam się w samym środku ognia i płonęłam. Byłam głupia. Zapomniałam, że nie powinno się igrać z ogniem bo można się dotkliwie poparzyć.

Rozdział 2

Nigdy nie miałam dobrych kontaktów z rodzicami. W domu czułam się niczym wróg, jakbym komuś bez przerwy przeszkadzała. Czasami ciężko było mi tam oddychać i nie raz wolałam zwinąć się w kłębek i udawać, że nie istnieję. Nim się obejrzałam zaczęłam zamykać się w pokoju na kilka dni, a podczas moich najgorszych załamań potrafiłam znikać nawet na parę tygodni. Stawałam się więźniem swoich własnych lęków i smutków. To przecież nie świat mnie zamykał w tym jednym pomieszczeniu, ale ja sama bo bałam się, że jeśli tylko przekroczę jego prób to grunt zawali mi się pod nogami i wpadnę w przepaść, a później będę spadać bez końca aż w końcu po latach udręki rozbiję się o dno. Po jakimś czasie zaczęłam bać się prawdziwego życia. Wolałam stać się cieniem, snuć się po cichu i nikomu nie przeszkadzać. Nim się obejrzałam byłam w zaawansowanej depresji. Wyglądałam jak wrak człowieka z tą niemal białą skórą, która przez bardzo długi czas nie czuła na sobie słońca ani jakiekolwiek innego światła. Oczy miałam podkrążone i czerwone od nieprzespanych nocy spędzonych na płaczu, który wydawał się nie mieć końca a jedynie niewielkie przerwy po czym następowały kolejne ataki. Pozwalałam by zżerały mnie moje własne demony i wierzyłam im gdy mówiły, że dla takich jak ja nie ma tu miejsca, że powinnam skrócić swoje cierpienie i jak najprędzej odebrać sobie życie. Nigdy jednak nie znalazłam w sobie wystarczająco dużo odwagi by naprawdę to zrobić.

To był kolejny powód, dla którego pozwoliłam Albertowi przejąć kontrolę nad moim życiem. Jego obietnica, że będzie mnie kochał i akceptował taką, jaka jestem przekonała mnie bym opuściła swój smutny pokój. Myślałam, że on doda swoje ciepłe kolory na szare płótno mojego życia, ale jego barwy wcale nie były ciepłe. Albert był czernią, szarością czasami jedynie czerwienią, która objawiała się jego ciągłym pożądaniem albo zachciankami, które spełniałam nawet jeśli zabijały moją duszę. Nawet przestałam dbać o to by moje relacje z rodzicami jeszcze czasami wyglądały normalnie, bo rodzice nie lubili Alberta, nie potrafili go zaakceptować.

- Natalie gdzie się wybierasz? – ojciec złapał mnie gdy wciągałam buty w korytarzu. Patrzył na mnie z góry i wiedziałam już, że ta rozmowa nie biegnie w żadną dobrą stronę.

Westchnęłam ciężko i wywróciłam na niego oczami. Działał mi na nerwy bardziej niż zwykle. Bez przerwy szukał problemu, jakiegoś pretekstu do wszczęcia kłótni. Był chodzącym wulkanem złości, której oczywiście musiałam być ofiarą, bo któż by inny. Ojciec mnie nienawidził.

- Idę do znajomych – odpowiedziałam i przykucnęłam by zawiązać swojego buta.

- Do znajomych, czy raczej jednego konkretnego o imieniu Albert? – słyszałam w jego głosie, że chce mnie sprowokować jakby jedynym jego zajęciem było skakanie sobie ze mną do oczu. – Wiesz, że nie lubię tego chłopaka. Nie jest dla ciebie. To jakiś chuligan z podejrzanym towarzystwem. Nie chcę żebyś się z nim zadawała i wydawało mi się, że ostatnio to do ciebie dotarło. Czyżbym się mylił?

- Nic nie wiesz o Albercie – warknęłam. Wyprostowałam się by móc spojrzeć w jego oczy. Musiałam walczyć z sobą by nie skulić się potulnie w kulkę i nie zacząć dygotać ze strachu przed jego spojrzeniem. Miał w oczach piekło. Patrzył na mnie tak jakby coś bardzo mu się nie podobało i miał ochotę się tego pozbyć.

- Wiem, że przez niego moja córeczka stała się pyskata i bezczelna. Tyle mi wystarczy by stwierdzić, że nie jest dobrym człowiekiem. Zostajesz w domu. Nie ma mowy, że do niego wyjdziesz.

Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę. Byłam prawie pełnoletnia a mój ojciec nadal próbował wchodzić butami w moje życie. Wiedziałam, że przeraża go iż traci nade mną kontrolę, że się go nie słucham. Chciał więc decydować o tym, czego mi wolno a czego nie. O niedoczekanie moje.

- A właśnie, że wychodzę. Czy ci się to podoba, czy nie. I nie jestem już małą dziewczynką. Nie możesz mi mówić z kim mam się zadawać, a z kim nie.

- Jestem twoim ojcem i mam do tego prawo, Natalie! Moja córka nie będzie się szlajała z takimi typami! – huknął i złapał mnie mocno za ramię. Od miejsca, które uciskał przeszył mnie okropny ból, aż krzyknęłam chociaż nie na tyle by usłyszała mnie chociażby matka i zabrała ojca jak najdalej ode mnie.

- Puść mnie! Zwariowałeś? To boli! – próbowałam wyrwać swoje ramię z jego uścisku, ale ojciec był o wiele silniejszy. Ja byłam wręcz prawdziwym patyczakiem i mogłam zrobić mu tyle co nic.Pewnie gdybym spróbowała go jakoś uderzyć, on zamiast bólu poczułby łaskotanie i mnie wyśmiał.

- Jesteś wstrętną smarkulą! W ogóle się nie słuchasz! Nie masz szacunku ani do mnie ani do matki i będziesz siedziała na dupie w domu!

Trząsał mną próbujący wyprowadzić mnie z korytarza.

- Jesteś nienormalny! Chciałam tylko wyjść do znajomych! Co robisz? Zostaw mnie – zawodziłam.
Złapał mnie za oba ramiona i jeszcze raz przeszył mnie swoim przerażającym spojrzeniem na wskroś. Bałam się go i jednocześnie nienawidziłam siebie za ten strach. Nie znosiłam tego, że mój własny ojciec ma mnie za nic i chciałam, żeby natychmiast przestał obchodzić się ze mną jak ze swoją własnością.

- Jak ty się do mnie odnosisz? Jestem twoim ojcem, czy twoim kolegą? Gdybyś była synem sprałbym cię jak psa – wychrypiał, a każde jego słowo było przesiąknięte jadem.

- No to śmiało! Zrób to bo i tak wyjdę do Alberta. Mam cię w dupie – rzuciłam ostro.

Potem wszystko działo się już bardzo szybko. Nie zauważyłam nawet, kiedy ojciec zdążył sięgnąć po rakietkę do tenisa, która zostawała w korytarzu po tym jak moja siostra wróciła z kortu i rzuciła ją obok wieszaka. Wyrwałam się ojcu z żelaznego uścisku i ruszyłam do drzwi, ale nawet nie zdążyłam nacisnąć na klamkę gdy ojciec uderzył mnie rakietką w plecy. Ból odebrał mi dech w piersiach. Myślałam, że moje plecy spłoną w żarze tego bólu i naprawdę chciałam wtedy umrzeć byle to się skończyło.

- Nienawidzę cię – rzuciłam przez zaciśnięte zęby gdy podnosząc się z podłogi walczyłam z własnymi łzami. Obejrzałam się na ojca tylko raz by się przekonać, że nie wyglądał na kogoś kto by chociażby żałował tego, co zrobił i wyszłam.

Ojciec uderzył mnie nie pierwszy raz. Zdarzyło mu się mną szarpać, popchnąć a nawet kilka razy wymierzyć siarczysty policzek, ale nigdy nie bolało tak jak wtedy.

Uciekłam do Alberta myśląc, że on sprawi iż poczuję się lepiej. Niestety nigdy nie mogłam przewidzieć w jakim akurat będzie nastroju. Wtedy miał ochotę na pobawienie się mną, wykorzystanie do swoich chorych gierek i poniżenie mnie tak, że będę czuła się jeszcze bardziej bezwartościowa.

- Tęskniłem za tobą – powiedział obejmując mnie od tyłu.

- Ja za tobą też – odparłam otaczając się ciaśniej jego ramionami. Chłonęłam go jakby był kimś, kto mógł mi pomóc, kimś kto podałby mi rękę gdybym wisiała nad przepaścią. Byłam taka naiwna, ale chciałam go kochać. Chciałam w końcu coś czuć oprócz tej wiecznej pustki wewnątrz mnie.

- Połóż się – wyszeptał swój rozkaz prosto do mojego ucha tak, że jego usta przy tym delikatnie ocierały się o nie.

Nigdy nie pytałam „po co?" po prostu robiłam wszystko, co mi powiedział. Byłam jak żebraczka, prosiłam o jego miłość i byłam wstanie zrobić dla niego wszystko. Położyłam się więc zgodnie z jego rozkazem na kanapę, która była w salonie. Dom był pusty, rodziców Alberta prawie nigdy w nim nie było więc ich syn mógł robić, co tylko mu się podobało. A gdy ja się u niego zjawiałam czuł się wszechmogący, jakby mógł pozwolić sobie na dosłownie wszystko i tak było. Służyłam mu za zabawkę, myśląc, że mnie potrzebuje i ceni to ile jestem w stanie dla niego poświęcić. Ale on był bardziej zepsuty niż ja.

- Zdradź mi Natalie.. – zaczął jednocześnie chwytając za szlufki moich spodni. – Czego się boisz?

Zsunął mi spodnie z bioder, a później całkowicie się ich pozbył i rzucił na fotel tuż obok. Gdy zastanawiałam się nad odpowiedzią on przewrócił mnie na brzuch i zaczął szukać czegoś po swoich kieszeniach.

- Nie wiem.. Chyba niczego się nie boję – próbowałam kłamać.

Tak naprawdę bałam się wszystkiego: własnego cienia, życia, śmierci, myśli, które ciągle kotłują się w mojej głowie, demonów. Bałam się, że jeszcze nie wycierpiałam wystarczająco dużo. Że świat ma dla mnie jeszcze coś w zanadrzu.

- Każdy się czegoś boi Nat – odparł i znalazł to czego szukał. Z kieszeni spodni wyjął torebkę z białym proszkiem. Uśmiechał się do tej foliowej torebeczki, jakby znajdował się w niej wielki skarb. Jego oczy nigdy nie błyszczały tak gdy na mnie patrzył. Czasami myślałam, że on wcale mnie nie kocha tylko te swoje prochy. – Postaraj się skarbie. Musisz się czegoś bać tylko dobrze się zastanów.
Rozsypał zawartość torebeczki na moje udo, a kiedy uformował z proszku równą kreskę wciągnął ją do nosa.

- Chyba jednak jest coś takiego.. Coś czego się boję – powiedziałam.

- No i co to takiego? – zachęcał bym podzieliła się z nim tym sekretem. Spojrzałam na niego przez ramię i widziałam jak się uśmiecha. Wyglądał jak rekin szczerzący swoje zęby na ofiarę. Wiedziałam, że z jakiś przyczyn bardzo zależy mu na to by poznać mój strach. Zechciałam podzielić się z nim tylko jednym z nich.

Albert podwinął moją koszulkę do góry tak że miałam odkryte plecy i wtedy rozsypał na nich biały proszek. Nie wiedział, że godzinę temu ojciec uderzył w nie tak, że ból odebrał mi mowę, ale musiał widzieć, że moje plecy są nabrzmiałe, zaczerwienione, musiał być tam ślad, jakiś siniak, cokolwiek. Pomimo tego Albert nawet nie zapytał mnie co się stało. Był zajęty wciąganiem kolejnej kreski.
- Boję się, że ode mnie odejdziesz. Boję się, że mnie zostawisz i znów będę sama – wyznałam. Byłam zupełnie zażenowana swoimi słowami, ale coś w nim sprawiało, że zawsze wykonywałam jego polecenia więc jeśli chciał poznać mój strach podałam mu go, jak na tacy.

- Kochasz mnie – to nie było pytanie tylko stwierdzenie, ale i tak odpowiedziałam.

- Tak.

- I boisz się mnie stracić? Więc gdybym cię zostawił załamałabyś się? Czy to by cię zniszczyło?
Niewiele się zastanawiając powiedziałam, że tak a on zaczął się śmiać. Znów się ze mnie naśmiewał bo widział, jaka bezbronna bez niego jestem, jak mój świat jest uzależniony od jego obecności w nim. Kochał władzę i miał ją nade mną.

- Skarbie wstań i spójrz na mnie.

Zrobiłam to. Narkotyk zaczynał działać, bo Albert miał w oczach coś z szaleńca. Zawsze mu odbijało gdy był pod wpływem prochów. Wtedy oczywiście nie było inaczej. Poprosił bym dla niego zatańczyła, a gdy zaspokoiłam jego kolejną zachciankę i bez wątpienia pobudziłam do życia jego kolegę z dołu zadzwonił mój telefon. Albert natychmiast zasypał mnie pytaniami kim był chłopak, z którym rozmawiałam, czego ode mnie chciał i czy z nim spałam. Gdy odpowiedziałam, że to był tylko i wyłącznie mój znajomy z klasy, oberwałam w policzek tak mocno, że myślałam iż mój policzek nigdy nie przestanie tak potwornie piec.

- Kłamiesz Nat! Jesteś jak one wszystkie! Jesteś brudną dziwką! - warczał nade mną gdy ja rozmasowywałam sobie obolałe miejsce. Z całych sił zaciskałam szczęki żeby się nie rozpłakać, ale byłam w tak wielkim szoku, że trudno było mi panować nad emocjami. Nigdy wcześniej nie bałam się Alberta tak jak wtedy. W jego oczach nie było nic oprócz furii. Patrzył na mnie jak na kogoś, kogo nienawidził a nie kochał. Kogoś kogo się brzydził, a nie pożądał.

Pojedyncza łza spłynęła mi po policzku gdy lekko skulona nadal trzymałam się za policzek, wtedy on wplątał swoje palce w moje włosy i pociągnął za nie z całej siły zmuszając mnie bym podniosła wzrok. Wrzasnęłam z bólu, ale na nim nie robiło to żadnego wrażenia. Wpadł w jakiś obłęd. Narkotyk sprawił, że Albert zapomniał o tym, że przecież mnie kocha i pozwolił mu mnie skrzywdzić.

- Ty mała dziwko! Ufałem ci, a ty za moimi plecami ślinisz się na innego chłopaka? Pożałujesz tego.

Nigdy jeszcze nikt nie nazwał mnie zdzirą, dziwką ani puszczalską. Jeszcze żaden chłopak nie odważył się pchnąć mną na podłogę, szarpać mnie albo uderzać mną o ścianę. Albert zupełnie stracił nad sobą kontrolę a ja płakałam, gdy na mnie wrzeszczał lub kolejny raz mną rzucał. Każda próba obrony przed nim była daremna. Albert był o wiele silniejszy ode mnie, a ja byłam zupełnie bezbronna pod lawiną jego ciosów i pchnięć. Robiło mi się już niedobrze od szlochu i nowych fali bólu w dosłownie każdym miejscu mojego ciała.

- Proszę Albert uspokój się! Nic złego nie zrobiłam! Błagam przestań! To ten narkotyk! Nie jesteś taki - krzyczałam dusząc się co chwila własnymi łzami. Moje zawodzenia i prośby też do niego nie docierały. Ubzdurał sobie jakąś zdradę i teraz chciał mnie ukarać. Tylko to się liczyło, bo jego zdaniem właśnie na to zasługiwałam.

Przycisnął mnie mocno do ściany. Swoje kolano ułożył między moimi nogami i dysząc ciężko jeszcze raz szarpnął mnie za włosy. Syknęłam, a on dodatkowo uderzył moją głową o ścianę. Nachylił się do mnie i zbliżył swoje usta do mojego ucha. Poczułam jego gorący oddech na swojej skórze i zaczęło przewracać mi się w żołądku. Kolejny raz zbierało mi się na wymioty, jednak połknęłam gorzką żółć i wsłuchałam się w ostry i nieprzyjemny dla ucha szept Alberta. Przypominało to syczenie jadowitego węża, który zaraz miał zaatakować swoją ofiarę. Modliłam się, żeby przestał i wreszcie mnie puścił.

- Jesteś moja rozumiesz? Nikt nie będzie dotykał tego co należy do mnie, Nat.

Po tych słowach zaczął składać mokre pocałunki na mojej szyi. W normalnych okolicznościach nawet by mi się to podobało, ale nie teraz. Próbowałam go odepchnąć od siebie, wyrwać mu się jakoś i w kółko powtarzałam, żeby przestał. Szarpnął za moje ubranie, rozdarł moją koszulkę i tymi samymi dłońmi, którymi jeszcze chwile temu mnie okładał teraz natarczywie śledził moje ciało. Chwilę potem czułam jego usta niemal wszędzie, to samo było z rękoma. Jego dotyk był jak porażenie prądem. Okropny i bolesny. Płakałam całymi strumieniami łez, a on mnie zgwałcił. O ile można to nazwać gwałtem, bo przecież sypialiśmy ze sobą często i zawsze tego chciałam. Tym razem jedyną różnicą było to, że zrobił to bez mojej zgody, zmusił mnie do tego, nie słuchał gdy mówiłam "nie".

Powinnam była powiedzieć, że boję się jego.

Rozdział 3


Któregoś dnia znów do niego poszłam. Nawet po tym co mi zrobił, po tym jak mnie upokorzył wróciłam do niego. A właściwie to nigdy od niego nie odeszłam. Dawno nie widziałam go już nieotumanionego prochami, albo trzeźwego. Były takie chwile, że był dawnym sobą, tym który nie brał, ale  prędzej czy później sięgał albo po swoje narkotyki albo załatwiał alkohol. Coś go bez przerwy męczyło. Wiedziałam to bo kiedyś był inny, ale nie potrafiłam do niego dotrzeć.

- Albert... - objęłam go wokół brzucha, gdy siedzieliśmy na jego łóżku i słuchaliśmy muzyki lecącej z głośników. Oparłam swoje czoło o jego plecy i wzięłam jeden głęboki wdech na odwagę. - Kiedyś byłeś inny. Pamiętasz jeszcze tego chłopaka, który jeździł na deskorolce, robił szalone rzeczy i uwielbiał robić maratony horrorów? Pamiętasz jak to było bez tych wszystkich dragów?

- O co ci chodzi? - zapytał głosem wypruty z emocji, aż się wzdrygnęłam.

- Chciałabym, żebyś przestał brać. To cię zmienia tak, że stajesz się prawie obcy. Kocham cię, ale ty wcale nie dopuszczasz mnie do siebie. Kiedyś taki nie byłeś. Coś musiało się stać, prawda? Coś przez, co teraz to wszystko tak wygląda.

Jego brzuch zaczął się trząść od śmiechu. Zebrałam się w sobie by w końcu szczerze z nim porozmawiać i spróbować coś zmienić, a on się śmiał.

- Natalie mógłbym to rzucić od tak, ale nie chcę. Jesteś moją dziewczyną nie powinnaś chcieć mnie zmieniać, tylko akceptować mnie takim jakim jestem. Skarbie będę brał chociażby do usranej śmierci, a ty nic na to nie poradzisz. I wiesz co jest najlepsze? Że ty przy mnie zostaniesz niezależnie od tego, co się stanie. Będziesz ze mną prawda? Nie będziesz umiała odejść, bo tak naprawdę nie masz dokąd, Natalie - znów się roześmiał, a jego śmiech był jak ostrze przecinające moje serce. - Więc nie mam nawet powodu żeby z tym skończyć. Będę miał ciebie i narkotyki.

Oczy zaczęły mnie szczypać i boleć od napływających do nich łez. Mrugałam tysiąc razy, żeby się nie rozpłakać. Bałam się pokazać mu, że to mnie zabolało, że nawet złamało mi serce. Panicznie bałam się przy nim rozpłakać, bo wiedziałam, że wykorzysta to przeciwko mnie.

- Natalie kocham cię. Uwierz mi, że kocham cię najbardziej na świecie. Po prostu niektórych rzeczy nie da się zmienić.

Skinęłam głową na znak, że rozumiem i zgadzam się z nim. Nie wierzyłam, że jeszcze kiedyś odzyskam przy nim głos bo myślałam, że już po mnie. Tkwiłam w czymś tak toksycznym, że nie sposób tego opisać. Godziłam się na wszystkie krzywdy, żeby tylko później usłyszeć, że on mnie kocha. Właściwie na, co więcej zasługiwałam? To szczęście, że Albert w ogóle mnie chciał. Że ze mną wytrzymywał.

- Pójdę do Ashley.. Chciała mi coś pokazać - skłamałam. Chciałam po prostu znaleźć się w jakimkolwiek innym miejscu. Gdzieś gdzie nie będę czuła się jak śmieć choć trochę.

- Jasne, jak tam chcesz. Kochasz mnie, prawda skarbie?

- Kocham... - odparłam po czym podniosłam się z łóżka, zgarnęłam swoje buty, które leżały obok na podłodze i miałam odchodzić gdy on złapał mnie za nadgarstek i przyciągnął do siebie.

- Mam tylko ciebie Natalie. Nigdy więcej już nie próbuj takich durnych gadek, bo wyprowadzisz mnie z równowagi, a nie chcę się złościć - powiedział po czym mocno wpił się w moje usta i całował mnie tak, że wargi opuchły mi od tego pocałunku. Później mnie puścił, a ja bez słowa wyszłam z jego pokoju, z domu i zaczęłam się tułać jak ktoś, kto zupełnie się pogubił i szedł tylko dla tego, że nie miał nic innego do roboty.

Byłam cholerną idiotką zaczynając ten temat. Albert pewnie pomyślał, że jestem niewdzięczna. Kochał mnie i tylko na mnie mógł liczyć, a ja tak mu się odwdzięczyłam. Zrobiłam z niego narkomana. Zawsze marzyłam o miłości i w końcu kiedy ją dostałam byłam tak beznadziejnie głupia. Naprawdę powinnam trzymać gębę na kłódkę, przecież Albert tak naprawdę nie jest złym człowiekiem. Trochę się pogubił. Nic więcej. Jeszcze się zmieni, będzie dobry i kochany jak kiedyś. Po prostu potrzeba trochę czasu. Idiotka co ja sobie myślałam tak na niego naskakując?

Usłyszałam wściekły klakson samochodu. Weszłam na pasy nawet nie sprawdzając czy coś jedzie. Byłam tak zamyślona, że koleś w czarnym pieprzonym ferrari prawie mnie potrącił. Gapiłam się w niego jakby właśnie całe życie przelatywało mi przed oczami, a serce waliło mi w piersi. Wymachiwał rękoma i na pewno to, co mówił nie było niczym miłym i raczej nie chciałam tego słyszeć. Odsunął szybę i wychylił się z tym wściekłym wyrazem twarzy. Dziwnie wyglądał ten paskudny grymas na tak przystojnej twarzy. Wyraźnie zaznaczone kości policzkowe, pełne usta, ładny prosty nos, nienagannie postawione włosy w kolorze ciemnego blondu wyglądały na mocne i zdrowe. Dlaczego w ogóle do cholery zwracałam uwagę na to jak wygląda koleś, który omal mnie nie przejechał?

- Patrz jak chodzisz kretynko! Mogłem cię zabić!

- To ty patrz jak jeździsz palancie! Faktycznie prawie mnie zabiłeś! Kto ci dał prawo jazdy idioto!

Chyba nie spodziewał się takiej odpowiedzi, bo przez chwilę wydawało mi się, że przez jego twarz przemknęło zdziwienie.

- Wsiadaj do auta.

- Co proszę? Jesteś jakim zbokiem czy co?

- Nie jestem. Po prostu wsiadaj i dajmy innym przejechać. Nie mam zamiaru później się zastanawiać, czy nie padałaś gdzieś na zawał serca bo wyglądasz jakbyś zaraz naprawdę miała zejść. No już - powiedział głosem nieznoszącym sprzeciwu, a ja zachowałam się jak bachor i pokazałam mu środkowy palec. - Postawię ci przeprosinową kawę - dodał.

Jestem szalona. To moja oficjalna diagnoza. Jestem pieprzoną wariatką bo wsiadłam do tego szpanerskiego lamborghini, które prowadził chyba największy dupek pod słońcem i prawdopodobnie był zboczeńcem.

- Czy wy dziewczyny zawsze widzicie tylko czubek swojego nosa i nie zwracacie uwagi na to, co dzieje się wokół was? - zapytał dodając stopniowo gazu. Mój czujnik anty-zbokowy powinien właśnie zacząć wariować, a jednak siedział cicho pomimo tego, że kompletnie nieznany mi koleś jechał, tak jakby był nieśmiertelny.

- I mówi to dziany dupek, który wozi się lamborghini i nie zwraca uwagi czy zaraz ktoś nie wpadnie mu pod koła? Daruj sobie bycie opryskliwym i wiedz, że to będzie najdroższa kawa jaką kiedykolwiek kupiłeś - odwdzięczyłam mu się.

Do tej pory wbijałam swój wzrok w szybę. Patrzyłam jak mijamy duże kamienice, wielkie biurowce o tysiącach okien wysokie aż do chmur i przechodniów nie wiedzących, że właśnie siedzę w jednym aucie z potencjalnym psycholem i gwałcicielem. A jednak coś korciło mnie by na niego spojrzeć i gdy to zrobiłam na jego pięknej twarzy gwiazdora filmowego pojawił się rozbawiony uśmieszek. Najwidoczniej go bawiłam, tylko, że o dziwo wcale mi to nie przeszkadzało. Uśmiechał się tak cudownie, że chyba żadna osoba o sprawnych oczach nie mogła się na niego gniewać.

- Masz charakterek - powiedział przyłapując mnie jednocześnie na tym, że się na niego gapię. Policzki zaczęły mnie piec od napływającego do nich ciepła i szybko uciekłam przed nim wzrokiem. Znów bezmyślnie zaczęłam wpatrywać się w miejsca, które mijaliśmy. - Mogę się założyć, że uważasz mnie za jakiegoś popaprańca, a jednak siedzisz ze mną w jednym samochodzie i jeszcze masz odwagę być dla mnie taka opryskliwa.

- Może to, że przez ciebie śmierć stanęła mi przed oczami bezpowrotnie uszkodziło mi mózg. Ale nie jesteś zbokiem?

Roześmiał się. Ten śmiech sprawiał, że topniały lodowce, słońce wychylało się zza chmur po tysiącach dni ciemności, a nawet najbardziej nie czułe serca znów budziły się do życia i biły tak mocno, jakby ponownie odnalazły w tym sens. To, co zaraz powiem będzie najbardziej porąbaną rzeczą na świecie, ale miałam ochotę tym jego śmiechem wypełnić ziejącą pustkę we mnie. Może wtedy w końcu poczułabym ciepło zamiast tego wiecznego mrozu.

- Kicia, czy ja ci wyglądam na zboczeńca? Z taką ładną buźką nie trzeba się martwić o brak powodzenia. Nie muszę do niczego zmuszać dziewczyn bo tak się składa, że jestem jak wyjęty z ich najbardziej erotycznych snów o zabójczo przystojnym szatynie.

Tym razem to ja wybuchnęłam śmiechem. Ten chłopak miał naprawdę nieźle wybujałe ego.

- Po pierwsze nie mów do mnie kicia. Jestem Natalie, a po drugie.. Albo sobie coś wmawiasz, albo te dziewczyny upadły na głowę, żeby o tobie śnić.

- Zobaczysz, że po tej kawie tobie też się przyśnię - odnalazł moje spojrzenie i uśmiechnął się do mnie w ten cudowny sposób, od którego miękną kolana. To grzech być tak przystojnym. Jak to w ogóle możliwe?

- Specjalnie dziś nie pójdę spać - rzuciłam.

- Bo wiesz, że byś o mnie śniła.

- Wcale, że nie! - oburzyłam się i próbowałam się bronić, ale on uciszył mnie gestem dłoni i jak gdyby nigdy nic puścił do mnie oczko. Dopiero wtedy zrozumiałam, że samochód się zatrzymał. Stanęliśmy przed Starbucksem.

- Już dobrze kicia, a teraz wyjdź żebym mógł kupić ci tą kawę i nie zadręczać się później, że prawie cię przejechałem chociaż to bardziej twoja wina.

- Że co? Moja wina? To nie ja jeżdżę jak wariat i nie przepuszczam przechodniów. Ale z ciebie dupek.. Miejmy tą kawę za sobą - westchnęłam ciężko i teatralnie wywróciłam oczami. Wysiadłam z samochodu tak jakbym szła na ścięcie i trzasnęłam mocno drzwiami.

- Ej uważaj! Jessica jest nowiutka! Mogłabyś być odrobinę delikatniejsza.

- Nadajesz samochodom imiona? Och jakie to męskie - jeszcze raz wywróciłam oczami, po czym ze wzruszeniem ramion skierowałam się do wejścia Starbucksa.

W środku była masa ludzi. Rozejrzałam się po pomieszczeniu w ciepłych odcieniach brązu i żółci. Na dwóch ścianach były zielono-białe loga kawiarni, a nad barem widniał neon o tych samych barwach "Sturbucks Caffee". Stoliki były okupowane przez masę ludzi w różnym wieku jednak większość z nich była studentami, którzy przyszli tu na kawę przed zajęciami lub po. Miejsc nie było też przy barze i już miałam mówić temu nadętemu kolesiowi, że chyba nici z przeprosinowej kawy, gdy nagle mój wzrok znalazł ostatni wolny stolik na piętrzę.

Weszliśmy więc po schodkach na piętro i usiedliśmy przy stoliku. Przytulne miejsce przepełnione głosami i śmiechami ludzi. W innych okolicznościach pewnie by mnie to zaczęło nawet irytować, bo już nie pamiętam, kiedy byłam tak szczerze uśmiechnięta jak oni i nie czułam się jak wyrzutek, ktoś kto w ogóle nie miał prawa istnieć. Tak to już jest, że kiedy jesteś smutny denerwuje cię szczęście innych. Zupełnie jakby ludzie nie mieli prawa być weseli, bo ty czujesz się potwornie.

- Co państwu podać? - kelnerka zjawiła się przy nas w mgnieniu oka. Uśmiechnęła się serdecznie i machała swoim długopisem w palcach czekają aż będzie mogła zanotować nasze zamówienie.

- Najdroższą dużą kawę jaką macie. Z całą masą słodkiej panki i karmelem - odparowałam szybko uśmiechając się znacząco do chłopaka naprzeciwko mnie.

- Tak, niech pani niczego jej nie żałuje. Obiecałem tej uroczej istotce postawić najlepszą kawę, jaką kiedykolwiek piła, a ona koniecznie chce ograbić mój portfel, więc niech jej będzie.

- Rozumiem - kelnerka zachichotała cicho znad swojego notesiku, w którym notowała nasze zamówienie. - Coś dla pana?

Miałam wielką ochotę wywrócić oczami, gdy widziałam, jak ta nieszczęsna biedaczka ulega czarowi, jaki on wokół siebie roztacza. Szczerzyła się do niego głupkowato i szybko zapomniała o mojej obecności. Wcale nie zaskoczył mnie fakt, że on odwzajemnia jej uśmiech, jakby chciał nim roztopić serce dziewczyny. Widziałam jak jego usta otwierają się i z pewnością składał on teraz swoją część zamówienia, ale nie zwracałam uwagi na słowa tylko na to, jak tych dwoje się zachowuje. Miałam wrażenie, że pod nią zaraz ugną się kolana, albo zacznie idiotycznie chichotać i nawijać swoje blond loki na długopis, żeby wyglądać trochę bardziej kokieteryjnie. Za to on wydawał się ucieszony i całkowicie zadowolony tym, że wpadł w oko naszej kelnerce. Może nawet miał takie hobby. Podbijanie serca każdej napotkanej dziewczyny. Ten chłopak był stanowczo za bardzo świadomy tego, jaki jest atrakcyjny.

Dziewczyna w końcu odeszła od naszego stolika, ale przechodząc między innymi gośćmi nie potrafiła się powstrzymać żeby jeszcze raz spojrzeć na mojego towarzysza.

- Śmieszne - syknęłam. - Każdą dziewczynę podrywasz na ten swój durny uśmieszek? Jak dobrze pójdzie to nic nie zapłacisz za nasze kawy. Odrobisz to na randce z naszą kelnerką.

Chłopak wydał się rozbawiony moimi słowami. Oparł swoje łokcie na blacie stołu i podparł swoją brodę na splecionych dłoniach.

- Ciebie na przykład nie podrywam - jeden kącik jego ust uniósł się figlarnie do góry, kiedy on taksował mnie spojrzeniem swoich intensywnie brązowych oczu.

- I dobrze. Mojemu chłopakowi by się to nie spodobało - odparłam oschle. Nie wiem skąd ten ostry ton w moim głosie. Może przez to, że w dziwny sposób ruszyły mnie jego słowa. Jasno dał mi do zrozumienia, że nie jestem warta jego zainteresowania, chociaż on najwidoczniej poświęca uwagę każdej napotkanej dziewczynie.

- Nie ma żadnego chłopaka. Bo gdyby był to, co byś robiła na kawie ze mną, kicia?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz